środa, 12 października 2016

Felieton #9 - Blogerzy Milionerzy.

Swego czasu Dawid Tymiński, znany Wam pewnie bardziej jako Secondhand Dandy, zapytał mnie: "czy jest jakaś nowina z męskomodowych blogów, o której nie słyszałem?". Żartowaliśmy później, że całe dnie poświęcam na czytanie blogów. To było jeszcze zanim zaprezentowałem Wam Meandry, ale już w trakcie prac nad ich powstaniem. Wtedy faktycznie mnóstwo czasu spędzałem na blogach innych stylowych facetów (zupełnie jakbym teraz tego nie robił ;) ). Analizowałem jakie tematy poruszają, jaką kolorystykę ma ich szata graficzna, o czym już pisali, a o czym jeszcze nie? Przy okazji wyczytałem mnóstwo ciekawych anegdot, cennych stylowych porad i sporo teoretycznych informacji.


Zaczynając się interesować męską modą pochłonąłem bogate archiwum wpisów Wintydża, Szarmanta, a nieco później Macaroni Tomato również padł moim łupem. Poza moją "wielką trójką" regularnie czytałem wpisy wspomnianego Dawida, a także Łukasza Outdersena, Mikołaja Blueloafersa, Kuby Roskosza, Szymona, wtedy jeszcze ze Studenckiej Elegancji, Adriana/Bigwiga, Łukasza z Czasu Gentlemanów, Tomka Milera, czy zagranicznego The Sartorialist. W niedługim czasie do powyższej ekipy dołączył Jan Adamski, Albert z For Gentleman'a i Rafał "W dobrym stylu" oraz Mateusz "9 na Marszałkowskiej", a także przesympatyczny Marek Pincollar, Alan, czyli Arbiter Elegantiarum i Michał Pan Grono.

Można zatem powiedzieć, że czytałem, a właściwie czytam, prawie wszystkie polskie blogi o męskiej elegancji. Te mniejsze i te większe, mniej lub bardziej znane oraz mniej lub bardziej specjalistyczne. Pewnie kogoś pominąłem, a i nie wszystkich udało mi się do tej pory odwiedzić. Słyszałem ostatnio na przykład o ciekawym blogu The Sartorius, na który jeszcze nie zaglądałem.


Niemniej, zakładam, że mam spore rozeznanie w temacie, nie tylko ze względu na czas spędzony na czytaniu wpisów, czy ilość tychże (a liczone są już pewnie w tysiącach), ale również dlatego, że część powyższych autorów udało mi się poznać osobiście lub przynajmniej nawiązać kontakt via internet.
Po co ten przydługi wstęp? Chciałbym dziś poruszyć temat, który potrafi wzbudzić kontrowersje. Temat, który dotyczy mnie samego, więc pewnie nie będę w pełni obiektywny. Mianowicie zarabianie na blogach. Nakreśliłem Wam powyższe tło, byście mieli szerszy obraz sytuacji i wiedzieli, że nie piszę tylko ze swojej perspektywy.

Są różne metody prowadzenia blogów, a jeszcze inne sposoby zarabiania na nich. Od długich wpisów raz na jakiś czas, po częste i krótsze. Od wielkich kampanii reklamowych, po drobne lokowania produktu. Rzeczywistość jest taka, że blogosfera się komercjalizuje i trudno szukać blogerów, którzy są jakkolwiek rozpoznawalni, a nie zetknęli się z jakąś formą "zarabiania na blogu".

To, co samo w sobie nie wydaje się niczym złym, ostatnio na forum But w Butonierce wywiązała się dość gorąca dyskusja na temat zarabiania właśnie. Ile osób tyle opinii, a stanowiska różne, oj różne. A to, że blogerzy traktują tematy pobieżnie i naciągają czytelników, a to, że są nierzetelni lub że zgodnie z panującą modą wszędzie wciskają linki afiliacyjne. Z drugiej strony były też głosy o dobrych praktykach przy współpracach z markami, o przejrzystości działań marketingowych i polecaniu faktycznie sprawdzonych produktów. 
Jak to zwykle bywa, prawda jest mocno niejednoznaczna i jej ziarna skrywają się w argumentach jednej i drugiej strony.
To co mnie skłoniło do zabrania głosu, to fakt, że w pewnych kręgach blogerzy są odbierani negatywnie, jako typowi naciągacze. Napisać cokolwiek, napchać linków afiliacyjnych i wcisnąć ludziom, że reklamowany produkt to ósmy cud świata. Czasem faktycznie powstają tego typu wpisy. Z drugiej strony jest mnóstwo przykładów ciekawych współprac na linii bloger-marka, choćby akcje prowadzone przez Mr Vintage, transparentna polityka reklamowa All Tied Up, czy cieszące się ogromnym zainteresowaniem wpisy Dandyego o promocjach i wyprzedażach.

Na dobrej kampanii zyskuje i bloger i marka, więc działa tu proste prawo popytu i podaży. Skoro czytelnicy chętnie klikają w tego typu posty, to marki chętnie się angażują we współprace, widząc dodatnią konwersję zeń płynącą, a blogerzy na tym korzystają.
Jest to pole do nadużyć (wciskanie kiepskich produktów, bo sponsor wyłoży dużo kasy) i prowadzi do szybkiej komercjalizacji blogów (no bo trzeba zarobić), ale jednocześnie to całkiem normalny rynkowy mechanizm. Trzeba działać profesjonalnie by być rozważanym jako partner do współpracy oraz mieć zaplecze czytelników. Często pojawia się zarzut, że gaśnie w tym wszystkim pasja i staje się to tylko sposobem do zarabiania. Trudno się z nim częściowo nie zgodzić, ale wydaje mi się, że uogólnianie do niczego nie prowadzi.

Właśnie dlatego na początku wspomniałem o znajomościach wśród blogerskiego grona, by pokazać Wam pewne porównanie. Znam blogerów, którzy działają profesjonalnie - nie pracują zawodowo, czas poświęcają tylko na bloga, często w ramach własnej działalności. Realizują wiele współprac i prężenie publikują. Poruszają tzw. "chodliwe tematy" i są nastawieni na wzrost. Może się wydawać, że działają jedynie komercyjnie, tymczasem przy spotkaniu twarzą w twarz okazuje się, że dalej mają ogromną zajawkę na męską modę, po prostu uczynili z niej sposób na życie.
Znam również blogerów, którzy blogują "po godzinach" i nie jest to ich źródło utrzymania. Często poświęcają masę wolnego czasu na przygotowanie wpisów, zebranie wiedzy, zrobienie zdjęć itp. itd. Wkładają w to wiele serca i chwała im za to, dzięki temu możemy czytać świetne wpisy i dobrze przygotowane artykuły. Najczęściej realizują mniej współprac, ale jeśli już, są to projekty kreatywne, ciekawe, bo przykładają do nich wielką uwagę.

I jedni i drudzy to pasjonaci. Mniej lub bardziej skomercjalizowani, mniej rób bardziej nastawieni na zysk, czy mniej lub bardziej aktywni. Dzielą się i są tak samo różnorodni jak ich czytelnicy. Bo tak naprawdę to oni są kluczem do tego wszystkiego. Jeśli nie ich zainteresowanie, wpis sponsorowany nie wygeneruje "kliknięć" i marka nie będzie się angażować we współprace. Z kolei jeśli ktoś przesadzi z lokowaniem produktu, często to właśnie czytelnicy wytkną to w komentarzach i "zagłosują nogami", czyli pójdą czytać gdzie indziej.

A dlaczego tytuł blogerzy milionerzy? Bo często osoby z zewnątrz mają obraz blogera jako gościa, który dostaje za darmo gadżety, raz na jakiś czas cyknie parę zdjęć, pomądruje się w jednym czy drugim wpisie i zgarnia za to kokosy. Tymczasem rzeczywistość to najczęściej pisanie po nocach, żmudne zbieranie czytelników, mnóstwo godzin spędzonych na zdobywaniu informacji, a czasem potrzeba dołożenia do interesu (opłacenie miejsca do zdjęć, fotografa, hostingu itp.). Większość z wymienionych wyżej facetów nie pływa w wannie z dolarami, ani nie ma prywatnego jachtu. Wielu z nich pracuje na etacie, a piszę dla przyjemności. Nieliczni, którzy "żyją z blogowania", to Ci, którym udało się przebić. Mają swoje pięć minut i nie widzę nic złego w tym, że próbują je wykorzystać. Grunt, by robili to dobrze i ze smakiem. A na końcu dnia, czytelnik i tak zweryfikuje, a wyczuwając nierzetelność, pójdzie czytać gdzie indziej.

Uprzedzając argument, że przeciętny użytkownik może mieć trudności z rozróżnieniem tych rzetelnych od nierzetelnych, mamy w tej chwili tak wiele źródeł informacji (fora, książki, inne blogi, grupy na fb), ze poświęcenie chwili uwagi na weryfikację zdobytych wiadomości nie powinno być problemem i zdecydowanie warto to robić ;)

Jeśli czujecie, że to pora na dyskusję, sekcja komentarzy jest do Waszej dyspozycji. Chętnie poznam Wasze opinie, być może są skrajnie odmienne od moich :)
Meander
PS Jak odbieracie niewyjustowany tekst? Czyta się lepiej/gorzej/bez różnicy? Z tego co wiem jest lepiej responsywny, dlatego testuję na ile się to sprawdza w praktyce, dajcie znać!

6 komentarzy:

  1. Z blogerami jest jak z felietonistami, są wybitni i przeciętni (ci słabi zajmują się już czymś zupełnie innym).
    Czasy wielkich odkryć sartorialnych (mam na myśli Macaroniego, Szarmanta, Milera) mamy już za sobą. Ich następcy nie mieli tej szansy, ale dalej mogą kreatywnie eksploatować te tematy, bo świat polskiej elegancji w dalszym ciągu jest ugorem.
    Najmniej ciekawe wydaje mi się komentowanie bieżących zjawisk / ofert / wyprzedaży, które po tygodniu, miesiącu są już nieaktualne, martwe. Nie można do nich wrócić jak do dobrej książki czy punktu zwrotnego w historii, bo nie są niczym istotnym.
    Zabawne, ale dzisiaj dowiedziałem się nieco więcej o systematyce blogów i podobnych tworów. Na przykład o flogu. "Flog – blog osobisty, którego autor jest opłacany przez przedsiębiorstwo; jego celem jest ukryta reklama produktów" Więc może ostrze krytyki na BwB było skierowane niezbyt precyzyjnie i dostało się prawdziwym blogerom, zamiast flogerom (flogerzy się nie bronili). Natomiast flogowanie (?) też może mieć różne odcienie. Ktoś może mieć stałego zleceniodawcę, lub działać jak pracownik na śmieciówce, od zlecenia do zlecenia ...

    pozdrawiam,
    Damiance

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe rozróżnienie Damianie! W zasadzie, również bardzo słuszne spostrzeżenie o aktualności wpisów, koniecznie muszę o tym pomyśleć ;)

      Usuń
  2. Jakość bloga jest bardzo szybko i bezlitośnie weryfikowana przez czytelników. Jeśli ktoś liczy na szybki zarobek i oferuje niskiej jakości wpisy przepełnione linkami afiliacyjnymi to po prostu szybko straci czytelników. Tylko solidnej jakości treść przyciąga i zawsze będzie przyciągała widownię. A za widownią prędzej czy później przyjdą współprace z markami i pieniądz na koncie. Nie da się na dłuższą metę zarabiać na słabym blogu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W przypadku blogera, który ma autorytet "na dorobku", ta solidność to absolutna podstawa według mnie.

      Usuń
  3. Doskonale przedstawiłeś w swoim felietonie blogierskie realia. Dla niektórych blog stanowi źródło utrzymania, natomiast inni piszą wyłącznie niekomercyjnie "po godzinach". Właśnie do tych drugich zaliczam się ja. Poza pracą, pozostaje rodzina i wiele innych spraw do załatwienia, a na tworzenie artykułów najczęściej brakuje wolnych chwil. Nie dość tego przyzwoite, merytoryczne wpisy wymagają mnóstwa pracy. Pomimo tego piszę, bo to moja pasja. A co do zarabiania na blogu, nie mam nic przeciwko, dopóki nie wpływa to negatywnie na treść postów i obiektywizm blogera. Ja jestem na etapie dokładania do interesu, ale i tak staram się prowadzić The Sartorius najlepiej jak potrafię. Oczywiście, gdy tylko czas pozwoli :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to! Za blogiem potrafi i powinno kryć się wiele wiedzy i czasu poświęconego na przygotowania wpisów, wtedy powstają te wartościowe :) Mam nadzieję, że Tobie nie zabraknie ani czasu, ani chęci, by dalej tworzyć :)

      Usuń