poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Felieton #13 - Bańka elegancji

Gdy wchodzi się na grupy i fora poświęcone męskiej klasycznej elegancji, zewsząd otaczają nas pytania o to, gdzie kupić brogsy do 300 zł albo garnitur dwurzędowy do 1000 zł. Dlaczego takie produkty nie są szeroko dostępne, skoro pozornie jest nimi tak wielkie zainteresowanie?
Autorem dzisiejszego wpisu jest Mateusz Tryjanowski, z którym mam przyjemność na co dzień współpracować. Poczytajcie o jego przemyśleniach dotyczących elegancji i trendów oraz wpływu konsumentów na modę - Meander.

Cóż, trzeba tutaj nieco brutalnie powiedzieć sobie pewną rzecz wprost: my, ludzie zainteresowani klasycznym ubiorem, często żyjemy w czymś, co nazwałbym "bańką elegancji". To oczywiście dość robocza nazwa, ale nietrudno domyślić się o co chodzi. To w pewien sposób ograniczona społeczność stylowych mężczyzn, obracająca się we własnym gronie, którym wydaje się, że są liczną, gwałtownie powiększającą się i wpływową grupą. Jest nas coraz więcej, to prawda. Mimo to, wciąż jesteśmy w mniejszości.

Główny grzech, jaki popełniamy, to przecenianie naszej roli i wpływu na rynek odzieżowy, a także nieprzyjmowanie do wiadomości tego, że można się inaczej ubierać. Przez to często, gdy coś nie jest szeroko dostępne, pragnęlibyśmy, aby to się zmieniło - nawet jeżeli nie ma ku temu racjonalnego powodu, jakim jest popyt na rynku.
Drążąc temat niszowych ubrań, wielu blogerów (i nie tylko) wróżyło już powrót do łask takich elementów ubioru jak garnitury dwurzędowe, kamizelki czy "dziadkowe" spodnie. Czy mieli rację? Niektóre sklepy rzeczywiście zaczęły powoli wprowadzać takie ubrania. Jest w tym jednak jedno "ale": często te ubrania są wprowadzane w hmm... dość wypaczonej formie. Pojawia się zakładka - to jedna, nie dwie, do tego dość płytka i mało funkcjonalna. Pojawiają się mankiety - są karykaturalnie karłowate, po 2-3 cm. Pojawia się dwurzędówka w ofercie - jest krótka i... różowa (to nie żart, to przykład z pewnej sieciówki). Możnaby rzec, że Ci, którzy przewidywali dość odważnie, myśleli zbyt życzeniowo.
Najbliżej prawdy znajdują zapewne się Ci, którzy przepowiadają trend "casualowej elegancji" (w języku angielskim najbliższym odpowiednikiem tu będzie "casual tailoring" jako określenie typu ubrań). Stopniowa "deformalizacja" klasycznego stroju, połączona z dodawaniem klasycznych elementów do stroju nieformalnego wydaje się stanowić przyszłość męskiej zarówno mody, jak i klasycznej elegancji. Męski ubiór od dawna zmierza w tym kierunku, chociażby przyjmując smoking zamiast fraka, jako formalny ubiór wieczorowy. Teraz po prostu ta tendencja staje się bardziej widoczna. Dzieje się tak dlatego, że doszliśmy do granicy, gdzie ciężko jest w dalszym ciągu obniżać formalność, wciąż pozostając w ramach tego samego typu ubrań. Stąd mieszanie gatunków, objawiające np. noszeniem koszulek polo z marynarkami lub spodni chino w zestawach koordynowanych.
Przykłady tego, jak krawieckie tradycje mieszają się z ubiorem codziennym? Powrót popoverów, czyli dowód na to, że koszula może przybrać mniej formalną formę, wciąż nie wychodząc ze strefy klasyki. Kolejny? Dodawanie (nawet przez sieciówki) chociażby wcześniej wspomnianych płytkich zakładek czy bocznych regulatorów do spodni. Do tego oczywiście nie możemy zapomnieć o coraz popularniejszych marynarkach bez podszewki, bez wypełnień, z nakładanymi kieszeniami. Jeszcze kilkanaście lat temu takie marynarki były w Polsce słabo dostępne. Teraz - możemy przebierać w ofercie sieciówek, klasycznych sklepów z garniturami dużych marek, droższych marek dla pasjonatów czy zamówić taką w szyciu MTM.
Wspomniany wcześniej trend nieco dzieli grupę eleganckich mężczyzn na dwa obozy.
Pierwszy to ten, którzy odnajdują się w nim i ochoczo mieszają elementy ubioru. Wielu blogerów zainteresowanych klasyczną elegancją zaczęło dryfować w tym kierunku, np. Simon Crompton z Permanent Style, znany raczej z konserwatywnego stroju, zaczął często pokazywać się w koszulkach polo z długim rękawem, łączonych z marynarkami. Na polskiej scenie chyba najlepszym tego przykładem jest Łukasz Masłowski (Outdersen), który świetnie łączy np. spodnie w bardzo klasycznym kroju w nieformalnych zestawach.

Drugi obóz to ci konserwatywni, którzy wolą tradycyjny strój. Myślę, że to są tak naprawdę Ci, którzy w istocie żyją w tym czymś, co zostało przeze mnie nazwane "bańka elegancji". Ci fani konserwatywnej, męskiej elegancji są w pewien sposób zamknięci na nowe rozwiązania. Nie chcą przyjąć do wiadomości, że może być inaczej. Oni właśnie mają trudniej, bo trudniej na rynku znaleźć to, czego oni by chcieli. Nic dziwnego, w końcu sklepowi łatwiej jest sprzedać np. uniwersalną sportową marynarkę uszytą na miękko, niż formalny dwurzędowy garnitur ze spodniami na szelki. Trudno jest żądać powszechnej dostępności niszowego produktu, dużo łatwiej natomiast iść na kompromisy.
Nie ma na co liczyć, że szeroko dostępne staną się owe "dziadkowe" spodnie, czy marynarki dwurzędowe z szerokimi klapami, jak to niektórym bardzo by zależało. Wszystko wskazuje na to, że cały czas będziemy szukać rozwiązań kompromisowych między casualem a elegancją, bo po prostu tak jest najwygodniej i najbardziej uniwersalnie. Nie dokona się żadna "sartorialna rewolucja", jaka marzy się niektórym z nas. Ubiór po prostu będzie ewoluował. A bańka elegancji? Na jej potrzeby będą odpowiadać firmy prowadzone przez pasjonatów, dla pasjonatów. I oczywiście, w ekskluzywnym wydaniu, krawcy bespoke.
Mateusz Tryjanowski

A czy Wy żyjecie w bańce elegancji? Ja zapewne tak i nie raz już łapałem się na tym myśleniu życzeniowym, o którym pisze Mateusz. Dajcie znać w komentarzach jakie są Wasze wrażenia po gościnnym wpisie i co sądzicie na temat bańki. - Meander.


Zdjęcie tytułowe thebespokedudes.com Pozostałe zdjęcia w kolejności występowania: styleforum.net, beyondfabric.tumblr.com, kingmagazine.se, permanentstyle.com, thearmoury.com

5 komentarzy:

  1. W 100% podzielam tezę oraz wnioski płynące z tekstu.
    Dodam od siebie, że to dobrze, iż jest grupa konserwatywnych dandysów, ponieważ tacy ludzie przypominają innym, co jest poprawne a co już nie. W przeciwnym razie dalibyśmy się zaciągnąć na manowce różnym postępowym stylistom i sieciówkom.
    To co mnie bardzo martwi, że elegantów (tych w dobrym rozumieniu) przybywa bardzo, bardzo wolno, a tandeta i ludzie źle ubrani zalewają ulice wręcz masowo. Wystarczy policzyć, ilu facetów chodzi w dresach (rzekomo eleganckich) oraz wytartych lub podartych jeansach. Takie zjawisko gównowatości w ubiorze moim zdaniem ma szerszy kontekst i jest rezultatem niskiej kultury masowej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najpoważniejsze pytanie pozostaje takie samo, czy tych elegantów faktycznie nam potrzeba, czy może społeczeństwo świetnie dałoby sobie bez nich radę?
      Oczywiście, stojąc po jednej stronie barykady, to smutna konstatacja ;) Dlatego warto dokładać od siebie drobną cegiełkę, by dobrze ubranych facetów przybywało nieco szybciej.

      Usuń
  2. Wg mnie nie ma nic złego w noszeniu się klasycznie i stosowanie zasad "starej szkoły". Z drugiej strony, dobrze jest czasem poeksperymentować, spróbować czegoś nowego i otwarcie się na nowe. Byle z klasą, byle nie bezkrytycznie gonić na modą, byle wybierać to, w czym wyglądamy dobrze, a nie jak karykatura siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Umiar i wyczucie są bardzo ważne, ale myślę, że nawet jeśli ktoś ich nie ma, jest to jego prywatna sprawa jak się ubiera. My możemy jedynie wspierać te zestawy, które pasują nam estetycznie i starać się je promować.

      Usuń
  3. Słuszny pogląd, ale myślę że casualowa elegancja, której pojawia się coraz więcej, będzie historyczną zmianą. Brakuje na naszych ulicach elegancji, która nadal za często wiąże się z uroczystościami, a nie ze zwyczajną troską o swój dobry wygląd. Oby zmiana zachodziła szybciej! :)

    OdpowiedzUsuń