wtorek, 15 sierpnia 2017

Zestaw #17 - Siena w niskich kontrastach

Dziś prezentuję Wam pierwszy zestaw z czerwcowej wyprawy do Włoch. W tle zobaczycie malownicze, antyczne uliczki przepięknej Sieny. Ja zaś podjąłem się walki z upałem i testowałem, czy da się wytrzymać w marynarce w taki słoneczny dzień. Zapraszam na krótką relację.

Szybka uwaga na początek. Od Pitti Uomo 92 minęło już trochę czasu, ale przemyślenia są wciąż aktualne, więc nimi zajmiemy się w kolejnym wpisie, wraz z zestawem już z Florencji.

Wpis zawiera treści sponsorowane.

W trakcie pobytu w centralnych Włoszech Siena służyła nam za bazę wypadową. Spędziliśmy w niej kilka dni i to właśnie to miasto dane mi było poznać najlepiej ze wszystkich odwiedzonych. Dość powiedzieć, że to właśnie ono wywarło na mnie największe wrażenie i serdecznie polecam Wam odwiedziny w tym malowniczym miejscu. Turystów jest nieco mniej niż w bardziej popularnych miejscowościach, a klimat po prostu ocieka po otaczających nas starych murach. Niesamowite wrażenia.

W tej pięknej scenerii udało nam się sfotografować pierwszy z serii "włoskich" zestawów jakie będę Wam prezentował. To moja nieśmiała próba walki z włoskimi upałami. Nieśmiała, bo niezbyt dobrze przemyślana, ale na szczęście tego konkretnego dnia nie było bardzo gorąco. Na szczęście Siena mieści się na wzgórzach i często wieje tam wiatr, który zapewnia nieco ochłody. Gdyby nie on ten zestaw wyglądałby zapewne zupełnie inaczej.

Marynarka pochodzi z garnituru, który zapowiadałem w tym wpisie, a który będzie miał swoją premierę we wpisie kolejnym, z zestawem z Pitti Uomo. To granatowy blezer z cienkiego tropiku i gdyby nie te właściwości, zapewne cały dzień nosiłbym go w ręce zamiast na ramionach. Natomiast dzięki wspomnianym wyżej podmuchom wiatru, okazało się, że pogoda jest całkiem znośna i marynarkę zdjąłem dopiero późnym popołudniem, gdy wszystko naprawdę mocno się nagrzało. Z kolei wieczorem blezer się przydał, bo zrobiło się nieco chłodniej i to były optymalne warunki na lekką marynarkę.

W kwestiach technicznych, marynarka jak zwykle musiała przejść bardzo mocną ingerencję krawiecką. Plecami została zwężona aż o około 8 cm. Mimo to, ma dość dużo przestrzeni zarówno w talii jak i klatce piersiowej. Na zdjęciach mam w wewnętrznych kieszeniach portfel i telefon i z reguły są one zupełnie niedostrzegalne. Bardzo lubię jej proporcje, nieco szersze klapy i to, że jest nieco dłuższa.

Spodnie to zwykłe, oliwkowe chino z Zary z zaprasowanym kantem. Fabrycznie miały u dołu taki karłowaty mankiet, ale krawcowi udało się go usunąć. Niestety skutecznie przeszkodziło to w wydłużeniu samych spodni, więc pozostały takie nieco kuse. Latem mi to nie przeszkadza, dzięki temu jest w nich trochę chłodniej i dobrze pasują do loafersów. Wiem, że znajdzie się wielu przeciwników takiego fasonu, ale w końcu każdy chodzi w tym, w czym mu wygodnie, prawda?

Koszula z kolei to element dość niezwykły i taki, z którego jestem bardzo dumny. Na co dzień pracując w branży mam czasami okazję przeprowadzać różnego rodzaju eksperymenty i projekty z ubraniami w roli głównej. Przed Wami jeden z nich. Denimowe koszule podobały mi się od dawna, ale były albo trudno dostępne, albo w nieodpowiednim odcieniu/fasonie, a najczęściej jedno i drugie, w dodatku bardzo drogie. Kiedy więc nadarzyła się okazja, by taką koszulę uszyć prototypowo, długo się nie zastanawiałem.

Największa przeprawa czekała mnie z materiałem. Koszula miała mieć efekt sprania, a żeby go uzyskać, trzeba ją dość niedelikatnie potraktować - pranie w wysokiej temperaturze, a w powyższym wypadku, również kąpiel w wybielaczu. By uniknąć nadmiernego skurczenia materiału, postanowiłem dodać do normalnych wymiarów zapasy, tu i ówdzie, by materiał mógł się spokojnie skurczyć. Pierwsze dwa prania w temperaturze 60 stopni sprawiły, że materiał lekko się sprał i skurczył, ale to jeszcze nie był zadowalający efekt. Kolejne dwa prania poprzedziła krótka kąpiel w roztworze wybielacza i to właśnie dzięki niemu udało się uzyskać tak specyficzne wybarwienie tkaniny. Z dumą mogę powiedzieć, że to sztuka jedyna w swoim rodzaju, bo nie tylko uszyta na miarę, ale również uprana :)


Oczywiście szyjąc koszulę nie mogłem sobie odpuścić kilku ciekawych akcentów, zatem mamy pięknie zaokrąglone mankiety, guziki z masy perłowej, wszycie rękawów typu spalla camicia oraz kołnierzyk typu onepiece (o którym więcej napiszę Wam wkrótce, bo nie jest to klasyczny kołnierz z jednego kawałka, a wariacja na temat). Z efektu jestem bardzo zadowolony i to jedna z moich ulubionych koszul, choć muszę przyznać, że skurczyła się mniej niż zakładałem i czeka ją jeszcze drobne odchudzanie.


Dodatki to zasługa marek, które zdecydował się wesprzeć moją wyprawę, za co jeszcze raz serdeczne podziękowania! Krawat to przepiękny, butelkowozielony szantung od katowickiej Poszetki. Zgrabny węzeł, nieformalna faktura i ciekawy kolor to trzy cechy, które bardzo sobie cenię tym produkcie. Przyznam jednak, że krawat w wysokich temperaturach bywa nieco uciążliwy, więc pod koniec dnia zniknął z mojej szyi. Bądźcie jednak spokojni, wróci, gdy tylko zrobi się chłodniej. Poszetka to małe arcydzieło ze słynnej tkalni w Macclesfield i pochodzi z tej samej stajni, co krawat.

Bardzo ważną częścią zestawu, właściwie nieodłączną przez cały wyjazd, był kapelusz panama od Zacka Romana. Ratował mi życie podczas upałów i wychodząc na zewnątrz, zawsze miałem go na głowie. Noszenie kapelusza wymaga wyrobienia kilku przyzwyczajeń - ściąganie po wejściu do pomieszczenia lub komunikacji miejskiej, czy pamięć by zabrać go ze sobą po zdjęciu z głowy, to najprostsze z nich. Te drobne niedogodności rekompensuje w pełni ulga, jaką kapelusz zapewnia gdy z nieba leje się prawdziwy żar. Poza tym, według mnie, potrafi wyglądać bardzo stylowo, choć ja muszę go jeszcze nieco oswoić.
Buty to zamszowe loafersy od Patine, które okazały się strzałem w dziesiątkę. Spotkałem się nieraz z opiniami, że jeśli mamy w planach dłuższe marsze, to tylko sportowe, wygodne obuwie wchodzi w grę. Zdaje się, że przemierzywszy bez żadnego problemu kilkanaście kilometrów, klucząc po uliczkach Sieny zadałem kłam powyższemu stwierdzeniu ;) Skórzana podeszwa, a przede wszystkim skórzana wyściółka wewnątrz buta, były bardzo wygodne i nie sprawiały mi dyskomfortu nawet po całym dniu chodzenia. Zamszowej cholewce nieco się oberwało, bo w trakcie wyjazdu nie miałem czasu by pieścić się z butami, ale o tym jak przywrócić jej świeżość będziecie mieli jeszcze okazję przeczytać, gdyż szykuję na tę okazję poradnik.

Jeśli zaś chodzi o temperatury, naprawdę były znośne. Co prawda ja mam dość wysoką tolerancję na ciepło, ale mimo to, było całkiem komfortowo. Szczerze pisząc, większy problem sprawiła mi ostatnia fala upałów panująca w Polsce i związana z nią duchota, niż ciepłe, ale wietrzne uliczki Sieny. Jeśli jednak nie jesteście tak zdesperowani jak ja i marynarki nie traktujecie jako drugiej skóry, spokojnie można z niej zrezygnować. O tym aspekcie letniego ubioru również przeczytacie w przyszłości, bo szykuję krótki felieton na ten temat.

Na dziś to wszystko, mam nadzieję, że zdjęcia i zestaw Wam się podobały. Jeśli macie jakieś opinie, uwagi lub pytania, zachęcam do pozostawienia komentarza u dołu. Tymczasem, do następnego razu!
Meander

Fotograf: Chris Majkowski - majkowskifoto.com

Marynarka: Macaroni Tomato
Koszula: Macaroni Tomato
Spodnie: Zara
Krawat i poszetka: Poszetka.com
Kapelusz: Zack Roman
Buty: Patine.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz